piątek, 21 marca 2014

Po pierwsze:

Tak, jestem beznadziejna - żadna nowość, żadne odkrycie, kurwa. A już na pewno nie dla mojej matki. Przecież ona ma mnie za nic. W jej oczach jestem jednym, wielkim zerem, gównem, niedociągnięciem. Ale do rzeczy...

"No dziękuję bardzo!" - odpowiedź na moją (totalnie obiektywną, zapewniam) uwagę, dotyczącą tego, że zapewne po takiej hospitalizacji również miałaby w wypisie diagnozę podobną do mojej.
"Tak, bo mamusia we wszystkim wyręczała i wszędzie zawsze prowadziła." - rzucone mimochodem na moje spostrzeżenie, które tyczyło się słabej orientacji w terenie, którą cechuje się border.
"Nie masz się czym chwalić" - krótka i bezwzględna riposta na wcześniejsze tłumaczenie zaburzeń osobowości, które zostały u mnie zdiagnozowane.
"To ja mam się teraz bać z tobą rozmawiać?!" - wyrzucone w chwili, gdy byłam już nieźle wyprowadzona z równowagi i podnosiłam głos głównie ze względu na to, by wreszcie dotrzeć do rozmówczyni.
"Tak, rzeczywiście masz tego bordera..." - wysyczane z wystarczającą dozą jadu, by spotęgować moje wkurwienie, przez co nie umiałam się już powstrzymać i przeklęłam siarczyście.
"... i daję głowię, że będziesz tak łazić i łazić do tego szpitala, bo jedna terapia się nie uda, to na następną i na kolejną i tak całe życie ci przeleci!" - kolejne słowa, którymi miała zamiar wgnieść mnie w podłoże... i należy jej się za to złoty medal.
"Uważaj sobie, bo masz partnerkę w moim wieku, więc powinnaś się pohamować i zwracać do mnie z szacunkiem!" - ostateczne pouczenie i zarazem kolejny tekst, który miał mnie porządnie zgasić.
A wszystko to podczas jednego, pięciominutowego spaceru z psami. Aż chce się żyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz